Filmaster

your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Krewetki z kosmosu, czyli co to znaczy "inteligentny scenariusz"

Artykuł zawiera spoilery!

Ta notka jest moją reakcją na przeciętny film, pod tytułem "Dystrykt 9", który miałem okazję ostatnio oglądać. Nie jest to nic specjalnego i normalnie bym się na notkę nie porwał, gdyby nie to, że jest na Filmasterze nazywany "inteligentną rozrywką". Chciałbym uściślić, co rozumiemy przez "inteligentny scenariusz" i dlaczego "Dystrykt 9" do tej kategorii (moim zdaniem) nie należy. Film ma bez wątpienia zalety, z których głównymi są oryginalny pomysł i realizacja, choć jak wyjaśnił mi Michuk, aż tak oryginalny ten pomysł jednak nie był. Skupię się jednak na wadach, bo o zaletach rozpisują się wszyscy.

Nie będę się nawet specjalnie czepiał typowego dla filmów sci-fic przekonania, że obcy muszą wyglądać jak ludzie (różnice między "krewetkami" a ludźmi są nieznaczące - zasadniczo mają budowę bardzo podobną) i muszą mówić po angielsku. Jestem w stanie to zaakceptować, bo rozumiem, że wymagają tego kanony tego typu rozrywki. Czepiam się głównie tego, że w rozwoju fabuły klisza goni kliszę, a nieprawdopodobieństwo goni nieprawdopodobieństwo. To jest typowe dla Hollywood, które uważa, że widz się i tak nie przejmie. Ale moją inteligencję to obraża. A zatem po kolei (uwaga, nie czytać, jeśli się nie widziało filmu!!!):

1) Ziemianie przeprowadzają akcję wysiedleń, która zaczyna się od zbierania podpisów od każdej "krewetki". Średnio rozmowa z pojedynczą trwa 10 minut. Ile potrwa cała akcja, skoro krewetek jest 1,5 miliona?!

2) Mimo że krewetek jest 1,5 miliona główny bohater zaraz po jakiejś godzinie trafia na dom najważniejszej krewetki, gdzie znajduje się tajemnicza substancja, którą oczywiście od razu znajduje.

3) Co ciekawe, krewetka ta gromadziła tę substancję przez 20 lat, i akurat w dniu, w którym w końcu uzyskała odpowiednią ilość, przyszła kontrola.

4) Mimo olbrzymiej wartości jaką miał Wikus środki ochrony były minimalne. Bez problemu wyrwał się i uciekł. Ręka do góry, kto sądził, że mu się nie uda...

5) Wikus ucieka od ludzi i wkracza do slumsów krewetek. Chroni się w przypadkowej chacie, która, (cóż za zbieg okoliczności!) należy do "głównej krewetki" (a krewetek w slumsach było dla przypomnienia 1,5 miliona).

6) Wikus z główną krewetką wdzierają się do budynku po substancję. Mimo że nawet dla osoby średnio rozgarniętej związek między tą substancją, a stanem Wikusa byłby oczywisty, laboranci jakoś się specjalnie nią nie przejęli i leżała sobie spokojnie w szafeczce w tym samym pokoju, czekając na Wikusa.

7) Mimo że wiadomo było, że Wikus brał udział w całej akcji tylko po to, żeby się wyleczyć, główna krewetka w przypływie szczerości wyjawia mu, że to potrwa 3 lata. Nie umie kłamać? Raczej umie, bo wcześniej jej się udawało, no ale tak przecież nie byłoby całej dramaturgii.

8) Wikus wchodzi do statku i bez żadnych problemów go odpala i nim steruje, mimo że ma do czynienia z zupełnie nieznaną nową technologią.

9) A propos trzymania przez film w napięciu - niech mi ktoś powie, że nie wiedział, że głównej krewetce uda się uciec.

I jeszcze słowo o standardach filmów hollywoodzkich:
- oczywiście musiał być element rodzinny, tym razem w wykonaniu krewetek ("Tam jest mój syn!", "Biegnij do niego, ja ich powstrzymam!")
- słabnięcie w wyniku wyczerpania Wikusa musiało oczywiście objawiać się tym, że maszyna którą obsługiwał (a la Transformers) się zataczała i potykała; ciekawe jak była skonstruowana ta technologia...
- Wikus podrzucał żonie metalowe róże, mimo że go (podobnie jak resztę krewetek) przesiedlono w inne miejsce
- główny zły bohater, zabójca, oczywiście musiał być psychopatą, któremu jeszcze większą przyjemność niż zabijanie sprawia opowiadanie o tym, jak to zaraz zabiję ofiarę (tylko dzięki termu główna krewetka i Wikus uszli z życiem).

Jeśli to jest inteligentny scenariusz, to ja się boję myśleć, co się dzieje w słabych filmach...

michuk michuk

No i w sumie trudno się nie zgodzić z większością tych zarzutów, choć oczywiście można by się kłócić i wytłumaczyć na różne sposoby niespójności scenariusza, przykładowo:
- Legitymowanie obcych mogło robić jednocześnie wiele osób - gdyby robiła to jedna osoba, to zakładając 12-godzinny dzień pracy 7 dni tygodniu i to, że w krewetkowym gospodarstwie mieszka średnio czterech osobników, zajęłoby to ok 140 lat. Ale jeśli jest takich sprawdzaczy tysiąc, zajmie to "tylko" 50 dni.

Nie ma to jednak sensu -- te sprawy albo będą razić, albo nie -- zależnie czego widz oczekuje od projekcji. Film -- jak wiele (prawie wszystkie?) produkcji science-fiction jest pełen uproszczeń tego typu. Ogólnie chyba trudno opowiedzieć realistycznie historię o obcych. Trudno wymyśleć istoty, które nie są w jakiś sposób podobne do ludzi. Trudno wyobrazić sobie komunikację, jeśli nie mówimy w tym samym języku (tu akurat 20 lat aklimatyzacji na Ziemi jest dla mnie dostatecznym wytłumaczeniem, że z krewetkami da się w miarę normalnie rozmawiać), itd, itp.

Dystrykt 9 nie porwał chyba jednak Filmasterów spójnym naukowo i logicznie scenariuszem, a raczej nietypowym pomysłem i ciekawą jego realizacją. Film dla mnie miał klimat, oglądając go czułem, że przedstawiany świat mógłby rzeczywiście zaistnieć. No i dodatkowo, wprawił mnie w dość depresyjny stan, bo zdałem sobie sprawę, że wizja Neilla Blomkampa (Petera Jacksona) mogłaby sprawdzić się co do joty, gdyby faktycznie doszło do tego rodzaju interakcji z obcą, bezbronną cywilizacją.

Świetnie jakby całość została lepiej przemyślana, a końcowe pościgi i strzelaniny zastąpiło bardziej realne zakończenie (substancja zostaje przejęta przez laboratoria, a krewetki kończą marnie w dziewiątym dystrykcje), ale nawet z tymi holiłódzmami, film był dla mnie (i jak się okazało, dla wielu innych również) powiewem świeżości w kinie sci-fi i chyba właśnie z tego powodu, na przerażającym bezrybiu i krewetka okazała się niezłą rybą :)

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

"Na bezrybiu i krewetka rybą" - dobre podsumowanie :))

Myślę, że różnica w moim odbiorze, w porównaniu z resztą Filmasterów może wynikać z inaczej ustawionej poprzeczki. Ja nie widziałem i nie zamierzam oglądać filmów w rodzaju Transformers czy Dzień niepodległości, więc nie mam powodów się cieszyć, że ten jest lepszy. Czytuję natomiast Lema czy Zajdla, więc nie mogę uznać, żeby w "Dystrykcie 9" był wysyp oryginalnych pomysłów.

Zresztą rozumiem, że film może się podobać, ale nie dajmy się zwieść makijażowi i grubej warstwie pudru - pod nią ukryte jest jednak dość sztampowe kino...

.

michuk michuk

No ale tak szczerze -- ile widziałeś filmów sci-fi dorównujących prozie Lema?
Ja przykładowo zero.

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

Tak szczerze to uważam Lema za absolutnego geniusza. Więc oczywiście masz rację.

Ale przecież tak naprawdę moje zarzuty nie dotyczą samej materii sci-fic, tylko filmowego rzemiosła. Przykładowo to że Wikus po ucieczce do slumsów trafia przypadkowo od razu do właściwej chaty głównej krewetki, to nie jest kwestia małej oryginalności, tylko zwykłego lenistwa przy pisaniu scenariusza. Jego autorom nie chciało się wymyślić jakiegoś uzasadnienia tego przecież zupełnie nieprawdopodobnego zdarzenia (a pewnie się dało - Wikus mógł przecież zostać odszukany przez główną krewetkę, która dowiedziawszy się o jego przemianie wpadłaby na to, że to wina substancji). Mnie akurat takie rzeczy irytują.

A najbardziej irytowało mnie to, że w ogóle nie rozwinięto ciekawego i nośnego socjologicznie-kulturowo wątku kontaktu z obcymi tylko zamieniono to w łubu-dubu.

.

bonidydy bonidydy

He, he trudno odmówić logiki autorowi notki. Tylko gdyby kosmici mieli postać kisielu, porozumiewali się telepatycznie i nie mogli nawiązać kontaktu z ludźmi, wyprodukowali paliwo wcześniej i cichcem odlecieli, Wikus nie trafiłby na główną krewetkę w miarę szybko tylko mielibyśmy przyjemność oglądać jak sprawdza pierwszych dziewięćset tysięcy i tak dalej... to co by było? Podążając za wywodami autora dojdziemy do przekonania, że film byłby beznadziejnie nudny, ale za to do bólu prawdopodobny i realny. Kino akcji i sci-fi operuje pewną konwencją, tak aby dało się pokazać na ekranie coś, co jest wymysłem fantazji, ale musi być obleczone w jakąś wizualną formę podlegającą percepcji widza. A że prawdopodobieństwo oglądanych zdarzeń jest nikłe, nie znaczy wcale, że są one niemożliwe. Porównanie z prozą Lema, czy jakąkolwiek inną jest nietrafione jako że są to dwie różne formy wyrazu. Książka może poruszać kilka razy więcej wątków niż film i dlatego każda ekranizacja powieści ucierpi w tym względzie. No ale tu mamy do czynienia z oryginalnym scenariuszem, który zachwycił mnie swoją świeżością. Dla mnie film na 8 z plusem :-).

.

SzariK SzariK

Byłem na "Dystrykcie 9" na długo przed jego oficjalną premierą. Pamiętam moje rozczarowanie po filmie i senność w trakcie oglądania. Nie przypuszczałem, że ten obraz komuś się spodoba. Nawet nie chciałem tracić czasu na pisanie notki na blogu w związku z tamtą przedpremierą. Widać, że się przeliczyłem, a nazwisko Petera Jacksona zaaferowało jednak większość ludzi. Szkoda, że nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że Peter pod względem merytorycznym tyle tu zrobił, co kot napłakał. Autor "Dystryktu 9", przy okazji bardzo dobry spec od efektów specjalnych (absolwent prestiżowej szkoły filmowej w Vancouver), miał docelowo nakręcić ekranizację gry HALO wraz ze w/w reżyserem "Władcy Pierścieni". Niestety projekt nie wypalił, więc wziął się za wcześniejszy, zmontowany kiedyś dla zabawy film pt. "Alive in Joberg". Pokazał go Peterowi, a ten zachwycony możliwością zarobienia kilku dolarów, "skołował" młodemu 30 baniek i tak powstał hit, przy którym większość mdleje z zachwytu. Cóż, jeżeli w obecnych czasach wystarczy zrobić coś o ślamazarnych krewetkach, z bronią, której nie potrafią wykorzystać i idiocie, który bierze wszystko do swoich rąk, następnie (by było ambitniej) ubrać to w odwołania do apartheidu (bo w końcu to te rejony), a na końcu otrzymać wieniec pochwalny od widzów, to ja dziękuję za rok 1982 i „Łowcę androidów”. Pozdrawiam.

.

karolzet karolzet

Jest w tym filmie wiele bezsensów, jak np. ten fakt, że ciecz potrzebną do opuszczenia ziemi zbierali wśród zezłomowanego własnego sprzętu, więc wynika z tego, że oni cały czas ją mieli i nie do końca wiadomo po co czekali 20 lat miast od razu ją wydobyć i wykorzystać. Ale mimo tego doceniłbym ten film za pokazanie w pierwszej, quasidokumentalnej części filmu, szczurzej natury naszego dzisiejszego społeczeństwa. Na tyle mi to podeszło, że jestem skłonny docenić ten film, mimo słabszej końcówki i ewidentnych logicznych błędów.

.

michuk michuk

Mam chyba tak samo. Też raziły mnie niektóre niejasności (czy jak mówicie luki) scenariusza (choć nie tak jak Doktora Puelbo), ale film ujął mnie klimatem i jakoś mimo wszystko oceniam go pozytywnie.

.

umbrin umbrin

To nieistotne. Fani Star Wars nie przejmują się nawet tym, że w kosmosie słychać odgłosy wybuchów i ryk silników. Science fiction ma swoje prawa.

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

Oj, ale do klimatu i pomysłowości Gwiezdnych wojen bardzo daleko...

.

umbrin umbrin

Ale mi chodziło tylko o nieścisłości. To zupełnie inne filmy. Oba wybitne w gatunku.

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

No tu się zupełnie nie zgadzamy. Bo ja niestety nie widzę w Dystrykcie NIC wybitnego, ani choćby zbliżonego do wybitnego. Na szczęście nie trzeba się we wszystkim zgadzać :)

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

Ja tego filmu zupełnie nie skreślam, tylko że chyba nic mnie tak nie irytuje jak zmarnowany potencjał. Gdy czytam opinie, że w filmie jest ciekawy wątek socjologiczno-kulturowy, to mnie krew zalewa, bo właśnie go nie ma, choć mógłby być. Mamy jedną wypowiedź sugerującą, że społeczeństwo obcych zbudowane jest na zasadach mrówek i większość to "robotnice"... ale co dalej zrobiono z tym wątkiem? Nic. Jedyne co wiemy o obcych, to że grzebią w śmieciach i jedzą pokarm dla kotów.

Chwalona realizacja paradokumentalna podobała mi się na początku, ale szybko zaczęła męczyć. Oglądanie obrazu z trzęsącej się kamery, na której co jakiś czas rozbryzguje się krew (a do tego sprowadziła się większość techniki "dokumentalnej" w drugiej części) jakoś mnie nie przekonuje.

.

robak2 robak2

A ja jestem zachwycony tym filmem - ale to moze dlatego, ze ogladalem po dwoch piwkach? ;-))

Odebralem go dosyć humorystycznie - mialem wrażenie, że rezyser wciąż puszcza do mnie oko. Te akcja ze zbieraniem podpisow, ucieczka z labu i inne, to absurdy podchodzące miejscami pod Monty Pythona w wydaniu sf :). W ogole zaryzukuję twierdzenie, że cały film to komedia sf i absolutnie nie oczekuję od niego logiki w scenariuszu.

Jednocześnie jest tam gdzieś głębsza treść - nienachalna, słabo widoczna, ale jest. Nazwijmy to: "głębsze tło". Zresztą; nienachalność - to jest sila tego filmu! Dystrykt to rozrywka z premedytacją, rozrywka w czystej formie, z kilkoma odniesieniami np. - ilu z nas wiedzialo o Dystrykcie 6 w RPA przed obejrzeniem tego filmu? Oglada się go dobrze zarówno wnikając w te odniesienia, jak i je zupełnie pomijając.

Mimo całego tego rozrywkowego opakowania film pozostawił we mnie parę pytań. W przeciwieństwie np. do ostatniego Tarantino... W dodatku oryginalna realizacja (dla mnie plus od czasów "Człowiek pogryzł psa"). Mnie wyszła z tego mocna dziewiątka na Filmasterze.

.

lethal2 lethal2

Zgadzam się z autorem, było sporo niedociągnięć i uproszczeń, co w pewnych momentach psuło film. Ale zauważyliście pewnie, że tzw. wielkie produkcje, szeroko reklamowane, zazwyczaj są wypełnione takimi rzeczami. Ludzi karmi się lekkoprzyswajalną papką. Jesli widz miałby zbyt dużo myśleć, zapewne oglądalność nie osiągnęłaby wymaganego przez producenta progu...

.

queerdelys queerdelys

Jak możesz mówić, ze film nie porusza żadnych problemów społeczno-kultorowych? oczywiście, ze porusza. To, że porzuca je po chrili, to zupełnie inna sprawa, ale nie jest to na pewno bezmyślna krwawa jatka.

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

Porusza bardzo powierzchownie, a właściwie sugeruje, że mógłby poruszać, gdyby tylko chciał, ale jednak woli nie poruszać, bo wie, że widzów bardziej zainteresuje strzelanka i robot z Transformersów ;))

Weźmy choćby pojawiający się w wielu recenzjach wątek apartheidu. Nawiązanie do Dystryktu 6 jest czytelne tylko w RPA, nikomu poza nic nie mówi. Owszem mamy tu rodzaj segregacji na lepszych (ludzi) i gorszych (obcych), ale co z tego, skoro jest to tylko pretekstem do wybuchów i kopniaków? Ten film tyle mówi o istocie apartheidu, co "Bękarty wojny" o istocie faszyzmu.

Żeby nie było - nie jest to dla mnie jakaś istotna wada, bo filmy rozrywkowe mają inne cele. Ja tu głębi nie oczekiwałem i nie znalazłem, ale jeśli przeoczyłem to proszę mi powiedzieć na czym polega to "głębsze tło"...

Dla mnie to było z założenia kino rozrywkowe i z tego powodu zawiedziony nie jestem. Jestem zawiedziony z tego powodu, że dla mnie to było mało rozrywkowe kino rozrywkowe, bo scenariusza starczyło na około połowę filmu. I to tak naprawdę mój jedyny poważny zarzut.

.

_najt _najt

Pozwolę sobie zupełnie się z Tobą nie zgodzić, ale mam przydługi wywód do napisania więc podziele go na 2 posty ;) Mam nadzieję, że nie będziesz mi mieć za złe, flood'owania twoich komentarzy ;)

Poczynając od punktu poruszonego w ostatnim poście. Tak ten film zawiera kopniaki i wybuchy, przede wszystkim dlatego, że z tego co rozumiem to miał być w założeniu film akcji a nie melodramat ;) Co do apartheidu, to ja uważam, że jego motyw został bardzo zręcznie wpleciony. To nie jest film dokumentalny ani historyczny mający za zadanie przedstawić "istotę apartheidu", dlatego nie traktuje o nim dokładnie i szczegółowo. Ale moim zdaniem pokazuje pewne podstawowe mechanizmy jakimi rządził się system apartheidu, a także szerzej, procesy i zjawiska jakie zachodzą gdy mamy do czynienia z odrzuconą przez ogół grupą społeczną.

Co do twoich uwag.
1) MNU pokazana jest jako potężna, posiadająca znaczne wpływy korporacja. Wikus zostaje szefem operacji ale bliżej nie jest określone ilu pracowników bierze udział w akcji. Ja odebrałem to zupełnie inaczej od Ciebie. Uznałem, że po prostu akcja sledzi losy jednego z wielu pracowników (jedynie wyróżnionego przez fakt promocji na lidera całego przedsięwzięcia).

2)3)4)5) No tak, takie pytania można postawić przy każdym filmie. Dlaczego akurat to czy tamto miało miejsce? Dlaczego akurat spotkał tego a nie innego, wtedy a nie kiedy indziej, i akurat tam a nie w domu... No przecież film ma opowiadać jakąś historię a nie stwarzać ciągłe wrażenie, że wszystkie zdarzenia były jak najbardziej prawodopodobne. Na tej podstawie 90% filmu musi dostać minusa w tym zakresie.

6) Ja uznałem, że mogli o tym nie wiedzieć. Więdzę o takowym związku posiadały 3 osoby (Wikus, Fundiswa i operator kamery). Fundiswa to w filmie biedny praktykant, który wygląda na takiego, co podzieli los polskiego praktykanta w administracji państwowej tj. zastąpi ekspres do kawy ;) Tak więc jeśli Wikus nie wyjawił im tej informacji, a Fundiswy raczej nie wygląda na takiego, którego o cokolwiek ktoś zapyta, pozostaje operator i zawartość kasety. Co do ich losu pewności mieć nie możemy, bo film tego nie wyjaśnia (wygląda na to, jakby dopiero po wszystkim nagranie zostało zanalizowane - przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie). A co do wdarcia się, to czy Ty przypuszczałbyś, że trzesący się, bez domu, wsparcia pół-człowiek, pół-krewetka bedzie się starał wedrzeć do siedziby korporacji handlującej bronią?? Nawet jeśli zakładaliby związek substancji ze stanem Wikusa to skąd mogli wiedzieć o znaczeniu tego artefaktu dla krewetek, które aby go odzyskać udzielą Wikusowi pomocy?

7) Nie do końca rozumiem twój punkt. Mnie wydaje się, że nie chodzi o to czy krewetka miała motywację by kłamać. Nie znamy w pełni naturalnego usposobienia krewetek. Może kłamać nauczyły się dopiero na ziemi (co może wskazywać na kolejny element głebi filmu - jak ludzkie społeczeństwo potrafi zdemoralizować), a może po prostu główna krewetka widząc przemianę Wikusa odczuła z nim pewną więź "gatunkową"(??) Wyjaśnień jest przynajmniej kilka, co nie znaczy, że ustalenie tego jest jakimś kluczem do zrozumienia filmu.

8) i apropo "transformersa". W filmie powiedziano, że technologia obcych to pewien rodzaj biotechniki, co może sugerować na to, że reaguje ona z zestawem pewnych biologicznych cech, także w na różne, nie do końca znane sposoby (np. urządzenia mechaniczne potrafią komunikować się bezpośrednio z "organem umysłowym" ;) danego gatunku). Ja bym raczej sugerował, że dzięki przemianie i genom obcych Wikus był w stanie w sposób bardzo pierwotny, biologiczny obsługiwać te urządzenia. To samo tyczy się robota. Skoro biotechnologia to w moim przekonaniu technika głęboko związana z ciałem/fizjonomią jednostki. W związku z tym, robot w moim przekonaniu zachowywał się "nienagannie" ;) Skoro organizm sterujący słabnie, to maszyna odzwierciedla jej stan. A może system sterowania jest bardzo czuły i wymaga pewnego prowadzenia, czego nie można było specjalnie oczekiwać od Wikusa w jego stanie.

9) Tu się zgadzam, choć nie uważam tego za znaczną wadę. Nie wiedziałem co dokładnie stanie się z Wikusem, ale też nie miałem odczucia, że brakuje jakiś zaskakujących zwrotów akcji i nieodgadnionych rozstrzygnień... Gdyby takowe były, to film pewno kwalifikowałby się troche inaczej.

.

Aika Aika

2...5) zgadzam się - myślę, że gdyby to kto inny znalazł się w chacie przywódcy itd. to film musiałby po prostu opowiadać o kim innym...

7) Moim zdaniem krewetka była po prostu normalną, raczej uczciwą istotą, która nie miała ochoty nikogo kiwać, zwł. gdy kłamstwo miało wyjść na jaw za chwilę. Zmiana terminu na "za trzy lata" związana była wyraźnie z tym, że zamiast ratowaniem Wikusa krewetka miała moralny obowiązek zająć się lotem na swoją planetę, by sprowadzić pomoc dla pobratymców ("nie mogę pozwolić, żeby robili na nich eksperymenty").

8) Zgadzam się, taka wizja przewija się w dziełach sci-fi itp. (np. "Neon Genesis Evangelion"), chyba należy już do takich przyjmowanych przez niektórych za oczywiste.

9) Ja nie. Myślałam, że właśnie będzie takie ponure zakończenie jak zaproponował Michuk.

.

_najt _najt

W pozostałych punktach, można powiedzieć, że mamy podobne stanowisko, ale moim zdaniem film jest dobry. Nie wiem na ile oryginalny (nie posiadam na tyle szerokiej wiedzy nt. kinematografii), ale uważam, że od dawna nie było tak dobrze zrealizowanego filmu z innymi niż podstawową "rozwałką" motywami. Film nie ma chyba za zadanie analizować apartheid, a moim zdaniem (może zbyt bardzo się wczułem ;) sytuacja krewetek skutecznie ukazuje jak ludzie mogą być pokrzywdzeni. I nie chodzi tu o dosłowne podobieństwo a raczej analogie. Brak akceptacji, segregacja, strach, wstręt, nienawiść, nietolerancja i wynikające z tego ubóstwo, nędza, slumsy i brak szansy na poprawę losu. W moim przekonaniu też, Wikus jest bohaterem dynamicznym. Na początku zwykły, głupkowaty karierowicz - żona, posadka, domek to szczyt jego marzeń. Potem zaszczuty, pozbawiony pomocy skądkolwiek, odrzucony i zdradzony przez swoich. Potem znów przerażony, ogarnięty wstrętem do własnej osoby, zdesperowany. Chwilę później zmieszany gdy musi prosić o pomoc kogoś, kim jeszcze do niedawna (i pewno na daną chwilę także) pogardza. Stopniowo, powoli poznaje krewetki aż w końcu gdy siedzi w robocie dokonuje się jego ostateczna przemiana. Nie jest bohaterem w lśniącej zbroi, jakimś uber-człowiekiem, a zwykłym Kowalskim, który w najcięższym momencie swojego życia w końcu dostrzega coś poza czubkiem własnego nosa. Jak dla mnie to ważny jest także motyw MNU, który pokazuje co dziać się może, gdy pozwoli się tym i owym zarabiać krocie na czymś co jest moralnie wątpliwe (przynajmniej z katolickiego punktu widzenia). MNU to odpowiednik dzisiejszych olbrzymów, gdzie nikt nie może ze 100% pewnością stwierdzić, jak tak naprawdę one działają.

Podsumowując, jak na film akcji z gatunku sci-fi to District 9 zawiera dla mnie mnóstwo głębii. Z ostatnich filmów sci-fi to ani wyżej notowany na Rotten Tomatoes Star Trek ani już na pewno Transformers 2 nie mogą się poszczycić taką głębią. Star Trek przemawia chyba najbardziej do zagorzałych purystów, i tylko oni chyba są wstanie określić jaką głębie posiada film (znając najczęściej charakter bohaterów z seriali i innych źródeł), natomiast moim zdaniem brakuje mu przekazu uniwersalnych wartości. Dla mnie to właśnie Star Trek to idealny przykład hollywood'zkich tendencji. Płytkie postacie, które doskonale wpasowują się w swoje archetypy (jakiś zbuntowany, acz niesamowicie uzdolniony młodzieniec, bohaterski kapitan, który w obliczu zagłady robi wszystko dla wszystkich etc.). No a o transformers to się nawet nie wypowiem...

A na koniec, punkt w moim przekonaniu jak najbardziej subiektywny. Jak dla mnie mock-documentary w tym przypadku sprawdza się znakomicie.

.

_najt _najt

A i zapomniałem dodać trzy krótkie punkciki. (tak, wiem, już wiecej nie bede się tak rozwodził ;)
1. Przynajmniej wg. mnie to krewetki nie mówią po angielsku (no chyba, że mój słuch już zupełnie wysiadł...). Klikają coś w swoim języku, a wydaje się, że niektórzy są w stanie zrozumieć ich język, tak samo jak krewetki są wstanie zrozumieć angielski (rozumienie to raczej nie jest jakiś problem, można się szybko nauczyć, problem stanowi mowa - inne organy wokalne etc).
2. Co do wyglądu to rzeczywiście mogło być coś bardziej oryginalnego.
3. Producenci formatu Hollywood, ale reszta chyba niespecjalnie??

.

doktor_pueblo doktor_pueblo

Dzięki za długie odpowiedzi :)
Dwa komentarze z mojej strony:

1) Jest pewnie tak często, że jak film ci się podoba, to nic ci nie przeszkadza, a jak ci się nie podoba, to przeszkadza ci wszystko. To nie jest więc tak, że każdy z tych pojedynczych elementów, które wypisałem jakoś strasznie mnie irytował, ale że film mnie rozczarował, to zacząłem potem zbierać te różne rzeczy. Gdyby mi się podobał, pewnie bym ich nawet nie zauważył.

2) Odbiór filmu zależy w dużej mierze od oczekiwań. Ja filmów typu Transformers, czy ostatnie Star Treki nie oglądałem, właśnie dlatego, że mi było szkoda czasu. Po ich obejrzeniu i bez specjalnego nastawiania się, że Dystrykt będzie dużo lepszy, na pewno byłbym bardzo pozytywnie zaskoczony. Ale że nie oglądałem i nastawiałem się, że Dysktrykt jest bardzo intelignetnym kinem, musiałem się zawieść. Jaki z tego wniosek? Lepiej się za bardzo nie nastawiać, bo efekt rzadko jest w stanie sprostać oczekiwaniom :)

.

_najt _najt

True, true ;)

.

Szymcypt Szymcypt

Myśle że technologia robota jest na zasadzie mechanicznych łap doktora Octopusa ze Spidermana 2 - Robot wwierca się do rdzenia kręgowego, a kierujący kieruje nim zupełnie jak sobą czyli czuje tego robota w sobie. A kilka wad jest tu naprawdę trafnych np. Biegnij do swojego synka. Ja tu zostanę - oj ludzie ja bym tak nie zrobił (99,9% ludzi na świecie by tak nie zrobiło) Ale niektóre wady są bezsensowne np. że Wikus od razu znalazł dom głównej krewetki gdy uciekał (skoro znalazł ją pierwszy raz przy eksmisji i nie była ona daleko od bramy i pomnika "Paving the way to unity" to była duża szansa że znajdzie ją ponownie)

.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook